Foch w górach ;-)

Są takie dni, że mimo najlepiej zaplanowanej wycieczki, w najpiękniejsze miejsca, po prostu mi się nie chce. No nie i już. Niby wiem, że góry, piękna pogoda, obcowanie z przyrodą, ale i tak najchętniej zostałabym w domu i robiła „nic”.

Budzikom śmierć!

Foch towarzyszy mi już od momentu, kiedy dzwoni budzik. Jak to? Mam wstać w środku nocy? Po co? PO CO? Warunkiem, żebym w ogóle podniosła głowę z poduszki jest czekająca na mnie kawa. Nie, że się dopiero robi. Ona musi już być w kubku i na mnie grzecznie czekać, gdy „wczłapuję” do kuchni. Dlatego w takie dni Tomek jest na nogach pierwszy. Tempo mam gorsze niż leniwiec i jęczę na każde „pospiesz się!”. Za jakie grzechy? Spać sobie jeszcze mogłam przecież! Funkcja myślenia jest wyłączona, więc nie do końca wiem, co spakowałam do plecaka. Dobrze, że Tomek ogarnia resztę, bo ja cały czas poruszam się w trybie „stand by”.

Godzina później niż planowano

Jakimś cudem jednak w końcu jestem gotowa i wsiadamy do samochodu. Jej, tak daleko trzeba jechać, cała wieczność minie, zanim będziemy na miejscu! A potem jeszcze się pocić i męczyć… nie doceniam nawet tego, że przez jakiś czas mogę siedzieć i może nawet przymknąć jeszcze oko. Foch w pełnej krasie!

trzeba iscDroga mi się dłuży niemiłosiernie, zbyt rozmowna też nie jestem. W końcu, po stu latach świetlnych, docieramy na miejsce. No i teraz trzeba będzie się jeszcze męczyć. I imię czego, ja się pytam? Po co? Zarzucam jednak plecak i ruszamy. Po trzech krokach czuję, że przebiegłam maraton. No ale skoro już zostałam tu siłą przez męża zawleczona, to powoli prę do przodu. „Powoli” – mówię do Tomka – „Nie będę biegła!” Po drodze zastanawiam się, skąd ten facet ma do mnie tyle cierpliwości.

Po co tu jestem?

Pierwsze podejście, zazwyczaj strome. Niestety mam tak, że przez pierwszą godzinę pocę się jak diabli. Pot spływa mi po plecach, kapie z nosa, a twarz mam w kolorze dojrzałej róży. Wyglądam, jakbym za chwilę miała dostać zawału. No tak mam. Zawsze. Bez względu na kąt nachylenia terenu. Potem już zamieniam się w kozicę górską, ale ta pierwsza godzina to istny dramat przetrwania. Normalnie mi to nie przeszkadza, jednak w „poranek focha” wydaje mi się, że wszyscy ludzie na szlaku się na mnie gapią. I się śmieją, że łajza jakaś się w góry wybrała… I znowu w głowie mi się kołacze pytanie: ”Po co ja się tak męczę? PO CO???”.

Małe plusy sytuacji

Ale uwaga: dostrzegam także pierwszy plus – przynajmniej szybko nabieramy wysokości i niedługo wyjdziemy w lasu. No to już coś 🙂 Stawiam więc kolejne kroki. Powoli, ale konsekwentnie. Jeden za drugim, metr po metrze. Wyrównuję oddech, odpoczywam chwilkę i znowu idę. Do tamtego drzewa. Potem do kolejnego, wydłużając odległość i zwiększając nieco tempo. Czuję ożywczy zapach lasu. Słyszę ptasie trele. I dostrzegam już pierwszy szczyt, widzę pierwszy cel. Chyba się nawet uśmiecham pod nosem 😉

Podziel się swoją opinią lub może chcesz coś dodać do dyskusji?

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.